“Niezależnie od tego, ile jest roboty, to w rumuńskim biurze punktualnie o 12:00 wszyscy idą na lunch”

W Nowym Roku wracam do mini serii rozmów z Polakami, których spotkałam w Rumunii i którzy podobnie jak ja zakotwiczyli tu na dłużej.

Po Ani i Sarze, do dzisiejszej rozmowy zaproszenie przyjął mój kolega Maciek, z którym jeśli nie pracujemy nad czymś poważniejszym, to czasem organizujemy szybkie – tylko z nazwy – telefony, z których finalnie wychodzą długie rozmowy w stylu ciekawych podcastów. Kiedy my je zaczniemy nagrywać? 🙂 

Maćka znajdziecie np. na Youtubie, a gdzie dokładnie, wyczytacie z naszej rozmowy. Zapraszam!

fot. Dana Untu

Dlaczego wybór padł na Rumunię? Jak się tu znalazłeś?

Nie ma w tym zbyt wielkiej poezji. Jako dwudziestokilkulatek pozazdrościłem znajomym podróży po Europie (Niemcy, Anglia, Holandia) i znudzony korpo życiem w Warszawie zacząłem wysyłać CV do firm oferujących pracę za granicą. Pierwsza oferta była z Bułgarii, ale czułem, że to nie to. Tydzień później pojawiła się opcja pracy w Rumunii i stwierdziłem, że spróbuję. Wtedy nie miałem jeszcze żadnych “korzeni”, tj. ani dziecka w drodze, ani kredytu na karku. To był dobry czas na eksperymenty. 

Jak oceniasz Rumunię i Bukareszt z perspektywy rodzica?

Przede wszystkim państwowa oferta urlopu macierzyńskiego jest zdecydowanie w czołówce europejskiej i mogą z nią konkurować chyba tylko Czechy. Moja partnerka miała 2 lata macierzyńskiego, a w tym pakiecie był także miesiąc dla taty. Finalnie z niego nie skorzystałem, ale sam fakt, że mogłem, dawał mi dużo spokoju. Załapaliśmy się również na państwowe dodatki rodzicielskie, co jest bardzo miłym gestem, bo sceptycznie zakładałem, że jako Polacy nie będziemy się kwalifikować.

W Bukareszcie większość stacji metra ma udogodnienia dla rodziców z wózkiem, tj. windy. Klienci sklepów zawsze starają się przepuszczać kobiety w ciąży i rodzinki z bąbelkami na początek kolejki. To miasto słynie też z pięknych, zielonych i ogromnych parków, do których poczuliśmy jakiś nowy rodzaj miłości zaraz po urodzeniu się naszej córki. Uwielbiałem pakować śpiącą Ami do chusty i iść na długi spacer do parku po pracy. Jedno z moich ulubionych medytacyjnych doświadczeń, o które obecnie ciężko, bo skubana nie chce już tak zasypiać!

Na krytykę na pewno zasługuje infrastruktura miasta. Nie mamy samochodu, więc jesteśmy skazani na chodniki w opłakanym stanie. Albo są za wąskie na wózek, albo czarne BMW jakiegoś ważnego jegomościa blokuje nam przejście… Zawsze coś. Dziura goni dziurę. Zadziwia mnie, że nasz skromny Babyzen nadal żyje i jedyne co mu dolega to piszczące kółka.

Wkurzają też trochę kierowcy autobusów, którzy potrafią zamknąć drzwi w trakcie, gdy wychodzimy z dzieckiem, albo młodzi ludzie pakujący się do windy, którzy ignorują fakt, że ten sposób przemieszczania się jest przede wszystkim dla osób starszych, z niepełnosprawnością i rodziców z dzieckiem.

Twoje ulubione miejsce w Bukareszcie to…?

Parcul Lumea Copiilor – dla mnie pierwsze skojarzenie do Sektora Czwartego, jeden z najlepszych parków na spacer z dzieckiem, który tętni życiem. Co kilka metrów piknik, budka urodzinowa, karuzele, place zabaw, zieleń… A po dłuższym spacerze jesteś już w Tineretului.

Co Cię w Rumunii bawi, co denerwuje, a co dziwi?


Bawi mnie to, że niezależnie od tego ile jest roboty, to w rumuńskim biurze punktualnie o 12:00 wszyscy idą na lunch, jakby pojęcie deadline’u nie istniało.

Denerwuje mnie palenie. A chętniej użyłbym określenie “wk…wia”. To jest absolutna patologia. Idziesz na spacer, oglądasz rodziców palących obok małego dziecka! Idziesz na basen dla rodzin, wszyscy palą. Idziesz do galerii handlowej, wszyscy ćmykają to podgrzewane badziewie albo vapują. Ba, nawet na siłowni panowie częstują mnie zapachem podgrzewanego tytoniu, być może by zamaskować swój pot – nie wiem. Zazdroszczę koncernom tytoniowym tak lojalnych klientów. Osobiście uważam, że dla matek palących na placach zabaw powinien być specjalny rodzaj bardzko wysokiego mandatu. Tylko nie wiem, kto miałby to egzekwować, bo policjanci też lubią sobie przecież zapalić w miejscu publicznym. 🙂

Dziwi mnie, jak wiele rzeczy robi się na rympał i jak duża jest względem tego tolerancja lokalsów. Dla przykładu, odbieraliśmy ostatnio mieszkanie i okazało się, że wszystkie okna są brudne, mają niezdjęte naklejki, resztki farby i styropianu. Zapytałem o to dewelopera, który odpowiedział “my jesteśmy firmą od budowania, nie od sprzątania”. Osoby obeznane w temacie wiedzą, że to nie są proste plamy, które zejdą pierwszą lepszą chemią ze sklepu. To trzeba porządnie i wielokrotnie wyszorować, a do niektórych miejsc nie ma nawet dostępu bez rusztowania z zewnątrz. Zapytałem znajomych z Polski, czy spotkali się z czymś podobnym przy odbiorze mieszkania i wszyscy robili duże oczy. Nie wspominając już o tym, że jak światło na pasach nie działa, to będzie tak sobie nie działać przez kolejne 3 miesiące. Pamiętam też, jak przez kilka miesięcy mijałem zepsutą windę w drodze do domu. Wydawała z siebie non-stop taki piszczący dźwięk, więc mam nadzieję, że ochroniarz, który wtedy był na zmianie, nosił dobre słuchawki. Niestety Rumunia ma dużą tolerancję na bylejakość i nie domaga się bardziej profesjonalnych usług.

Czego brakuje Ci w Rumunii?

Dobrej obsługi klienta. Kiedyś zaprosiłem znajomych z pracy na kolację do meksykańskiej knajpy. Kelner podchodził do nas z dużym opóźnieniem, po drodze zaciągając się papieroskiem i nie mógł też odmówić sobie tej przyjemności, by nie pomylić zamówień. Stwierdziliśmy wspólnie, że za obsługę nie należy się napiwek. Gdy zorientował się, że nie otrzymał tipa, natychmiast wybiegł i zaczął nas pytać “dlaczego nie daliście mi napiwku?”. To niestety nie jest odosobniony przypadek. W 80% przypadków kelner się nie uśmiecha, obsługuje Cię za karę, a na koniec wymownie oświadcza, że napiwek nie jest doliczony do paragonu. Ja wtedy jeszcze bardziej wymownie odpowiadam “no i prawidłowo”.

Brakuje mi również Paczkomatów. Polacy nie mają pojęcia, jak wielkim są błogosławieństwem. Moja partnerka boi się zamawiać kosmetyki online, bo w 7 na 10 przypadkach dostaje je nawet z kilkutygodniowym opóźnieniem. Na święta prezenty trzeba zamawiać miesiąc wcześniej. Tu nie ma tak, że zamówisz coś online na ostatnią chwilę i dostaniesz to na drugi dzień jak na Allegro.

Jak wyglądały Twoje pierwsze miesiące po przeprowadzce i co było dla Ciebie najtrudniejsze?

Pierwsze korpo, w którym się zatrudniłem, zaoferowało mi ten wspaniały relocation package. Przez cały miesiąc mogłem sobie pomieszkiwać w hotelu. Problem w tym, że znajdował się on niedaleko dworca Gara de Nord. Nasza szanowna Polonia zapewne wie, jak intrygujące jest to miejsce. 😉 Moje pierwsze obrazki w Rumunii to przede wszystkim widok narkomanów wciągających nieznane mi substancje z papierowych worków na ulicy, żebraków, którzy wręcz wchodzą pod samochody, no i pamiętam powalający zapach uryny, gdy czekałem na autobus do centrum. O dziwo nie przeszkadzało mi w ogóle to, że jestem tam sam. Czułem w tym wszystkim jakąś formę potrzebnej mi przygody. Mimo wszystko fascynuje mnie fakt, że zdecydowałem się zostać, skoro ta przygoda miała takie początki.

Czy bariera językowa była dla Ciebie wyzwaniem i jeśli tak, jak sobie z nią poradziłeś?

Przez pierwsze 2 lata nie umiałem nawet zgrabnie wypowiedzieć “buna seara”, a mimo wszystko nie stanowiło to aż tak dużego problemu. Większość spraw udawało mi się załatwić, a obecnie z technologią taką jak Chat GPT jest to już w ogóle proste. Nie wyobrażam sobie jednak, by nie mówić choćby łamanym rumuńskim na moim obecnym etapie życia. Mam dziecko, więc chcę wiedzieć, o czym rozmawiamy na zebraniach w żłobku. Mam kredyt, więc chcę +- wiedzieć, co podpisałem. Kurier jedzie z paczką i pyta o adres, więc chcę go dobrze pokierować w jego języku. Uważam, że rumuński nie jest potrzebny, jeśli ktoś planuje być tutaj na rok lub dwa lata. Zaczyna być potrzebny, jeśli ktoś planuje stały pobyt. Wtedy nie wyobrażam sobie nie znać jego podstaw. 

No i taka drobna obserwacja dla osób, które wahają się, czy wziąć się za naukę rumuńskiego. Urzędnik w banku czy biurze imigracyjnym będzie dla Was dużo bardziej wyrozumiały i uprzejmy, gdy zauważy, że staracie się mówić w lokalnym języku. Odkąd mówię po rumuńsku w urzędach, sprawy idą jakoś tak dziwnie 2x szybciej.

Jaką radę dałbyś osobom myślącym o przeprowadzce do Rumunii?

Ja się w tym kraju nie zakochałem i prawdopodobnie już nigdy nie zakocham. Jestem tu przede wszystkim z przyczyn praktycznych. Nadal niskie ceny nieruchomości w dobrej lokalizacji + świetna praca dla ludzi z polskim językiem. To moje główna dwa kryteria, po których oceniam, że mimo braku miłości do miejsca zamieszkania, jestem w nim szczęśliwy. Na ten moment szczęśliwszy niż w Polsce. No i rodzina ma niedaleko, bo Wizz Air oferuje tanie loty z wielu miejsc w Polsce. Nie jest to ten kaliber emigracji co wyjazd do Stanów. Kierunek ten polecam zatem tym, którzy chcą spróbować bardziej egzotycznego kierunku emigracji, zrobić karierę w korpo w mniej konkurencyjnym środowisku niż w Polsce, a jak Wam się spodoba, to mieszkacie kupicie 2x taniej niż w Warszawie, a na dziecko dostaniecie benefity. 🙂 No i w Bukareszcie możecie żyć bez samochodu, metro wszędzie Was dowiezie.

Jesteś też obecny w sieci. gdzie mogą znaleźć Cię czytelnicy i czym się tam zajmujesz?

Pracuję w sprzedaży w IT jako korpoludek. A po pracy montuję filmiki na naszego rodzinnego vloga “Ami leci z nami,” gdzie dokumentujemy podróże z córką.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *