Jidvei Weinland Trails 2026 – półmaraton pośród winnic

Jak część z Was wie, bardzo lubię sport, w zasadzie pod każdą postacią. Dobrych parę lat temu w miarę regularnie ćwiczyłam bieganie i 10 lat temu pierwszy raz przebiegłam półmaraton.

Ten wpis będzie o zawodach na tym samym dystansie, w których wzięłam udział 23 maja 2026 r., a które były rozgrywane w przepięknych okolicznościach winnic, łąk i lasów w pobliżu wsi Cetate de Balta w jud. Alba.

Mowa o Jidvei Weinland Trails, a dokładnie ich piątej edycji. Jest to inicjatywa producenta win marki Jidvei, który poza trzonem swojej działalności winiarskiej solidnie promuje swoją najbliższą okolicę pod kątem enoturystyki, zdrowej ekologicznej żywności, czy turystyki historycznej, będąc właścicielem zamku w Cetate de Balta.

Przeglądając wydarzenia sportowe w Rumunii w 2026 roku mój kuzyn lub ja – teraz nie jesteśmy w stanie tego ustalić – natrafiliśmy na intrygujące zawody inne niż wszystkie z uwagi na swoje miejsce. Nie zastanawialiśmy się długo i w pierwszej rundzie zapisów zarezerwowaliśmy miejsca dla siebie.

Dostępne były dystanse: 42 km, 21 km, 10 km oraz dla dzieci: 1 i 2 km. 

Wkrótce okazało się, że to nie były zwykłe zawody – to było całe niesamowite doświadczenie, które przerosło najśmiejsze oczekiwania.

Dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie, koło 4:30. Organizator, za dodatkową opłatą, organizował dla chętnych dowóz do Cetate de Balta z różnych miast Rumunii: Alba Iulii, Blaj, Sibiu, Targu Mures czy Klużu.

Samo to uważam za bardzo rozsądne posunięcie, bo wyeliminowało setki samochodów, a zawodnikom bardzo ułatwiało życie. Z tej opcji skorzystało sporo osób. Pakiety startowe wydano nam przy autobusie, więc nie musieliśmy stać za nimi w kolejce. A w pakiecie… poza m. in. koszulką startową i numerem… czekało po butelce wina.

Gdy przybyliśmy na miejsce, o 7 rano czekało na nas śniadanie: lipie (placek pszenny) w wersji wege z warzywami lub mięsne z kurczakiem. Do tego soki, kefiry… wszystko wyłącznie lokalnej produkcji, wszystko bez limitów i wliczone w cenę opłaty startowej. Miejsce przygotowane było perfekcyjnie – dużo stołów, przy których można było jeść na stojąco, stojąc boso na mięciusieńkim piasku. Na stołach dekoracje i informacje o dostępnym menu. Było chłodno, więc postanowiliśmy się skryć w pobliskim budynku. Weszliśmy tam i zrobiło się przyjemnie ciepło bo znaleźliśmy się… w stajni. W boksach stały spokojne, piękne kare konie i kasztanki.  Był też osiołek i owieczka z jagniątkiem. Zaraz dalej były szklarnie, skąd pochodzi jedzenie serwowane w tamtym miejscu, a na okolicznych polach wschodziły m. in. papryki.

Po 8 zaczęto zapraszać nas do autobusów, które miały zawieźć zawodników startujących na dystansie maratonu i półmaratonu na początek trasy, na odległym wzgórzu, do przepięknie położonej winnicy Tauni (Crama Tauni). Gdy wysiadłam z autobusu, chciało mi się płakać ze szczęścia na widok tego wszystkiego i faktu, że mogę tam być.

W Crama Tauni zaczynała się rozgrzewka i panowała atmosfera wielkiego święta. Była lokalna telewizja, transmisje z drona, była moc.

Spośród chyba trzech osób, które postanowiono zaprosić do wywiadu, był zwycięzca ubiegłorocznego półmaratonu, dziewczyna w tęczowych włosach, która startowała tam trzeci raz i… ja 😀

Kiedy dziennikarka dowiedziała się, skąd ja i mój kuzyn jesteśmy, z pełnym przekonaniem powiedziała, że te zawody nie potrzebują już reklamy, skoro mają biegaczy z Polski.

Potem połowa trasy wiodła przez las, potem znów przez winnice. Przy ostatnim zbiegu w oddali zamajaczył nam zamek. I to było jak w bajce: za górami, za lasami. Do końca zostały może ze 2-3 km, a ten zamek wydawał się tak odległy.

Sama końcówka nie dawała szans na mocny finisz bo zawierała w sobie dwa strome podbiegi, jeden gorszy od drugiego. Ale w końcu wbiegliśmy na teren imprezy, przekroczyliśmy metę ustanawiając oboje rekordy na tym dystansie, przy tego typu trasie i… ruszyliśmy jeść!

Obiad serwowano od 12, a było chyba koło 11:30, także posiliłam się lipie ze śniadania, a potem… zupełnie rozładowała się moja wewnętrzna bateria. Położyłam się na trawie i… zasnęłam na chwilę.

Mój kuzyn ustawił się w dłuuuuuuuuuuuuugiej kolejce po obiad i zorganizował nam pożywienie. Poniżej widać menu. Znalazły się w nim zupy, drugie i desery do wyboru. Były np.: zupa fasolowa z wędzonką (prze-py-szna, muszę ugotować!), kurczak w sosie pieczarkowym z mamałygą, pulpety wołowo-owcze, sałatki, musaka, serniki i rolady.

Gdyby ktoś zapytał mnie jak wygląda rumuński piknik rodzinny, powiedziałabym: piwo, grill, manele. W Cetate de Balta był piknik rodziny, ale jak nie w Rumunii. I każdy miał tam coś dla siebie, bo poza bieganiem, jedzeniem i piciem były np. zajęcia dla dzieci: gigantyczna piaskownica, malowanie twarzy, mini turniej piłki nożnej, malowanie twarzy. Dla biegaczy – masaże.

Dodatkowo można było dokupić np. degustację innych win niż serwowane, zwiedzanie zamku czy strzelanie z łuku.

Było tak różnorodnie, że nie wiem kiedy minął ten dzień. Po 18 autobus powrotny zawiózł nas do Alba Iulii.

Jestem i pewnie pozostanę pod ogromnym wrażeniem tego przedsięwzięcia – od pomysłu, przez reklamę, marketing, organizację.

Każdemu miłośnikowi biegów i Rumunii polecam przyszłe edycje, a kolarzom zostawiam informację, że 29 sierpnia odbędą się tam zawody rowerowe.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *