Gdy przybyliśmy na miejsce, o 7 rano czekało na nas śniadanie: lipie (placek pszenny) w wersji wege z warzywami lub mięsne z kurczakiem. Do tego soki, kefiry… wszystko wyłącznie lokalnej produkcji, wszystko bez limitów i wliczone w cenę opłaty startowej. Miejsce przygotowane było perfekcyjnie – dużo stołów, przy których można było jeść na stojąco, stojąc boso na mięciusieńkim piasku. Na stołach dekoracje i informacje o dostępnym menu. Było chłodno, więc postanowiliśmy się skryć w pobliskim budynku. Weszliśmy tam i zrobiło się przyjemnie ciepło bo znaleźliśmy się… w stajni. W boksach stały spokojne, piękne kare konie i kasztanki. Był też osiołek i owieczka z jagniątkiem. Zaraz dalej były szklarnie, skąd pochodzi jedzenie serwowane w tamtym miejscu, a na okolicznych polach wschodziły m. in. papryki.
Po 8 zaczęto zapraszać nas do autobusów, które miały zawieźć zawodników startujących na dystansie maratonu i półmaratonu na początek trasy, na odległym wzgórzu, do przepięknie położonej winnicy Tauni (Crama Tauni). Gdy wysiadłam z autobusu, chciało mi się płakać ze szczęścia na widok tego wszystkiego i faktu, że mogę tam być.
W Crama Tauni zaczynała się rozgrzewka i panowała atmosfera wielkiego święta. Była lokalna telewizja, transmisje z drona, była moc.
Spośród chyba trzech osób, które postanowiono zaprosić do wywiadu, był zwycięzca ubiegłorocznego półmaratonu, dziewczyna w tęczowych włosach, która startowała tam trzeci raz i… ja 😀
Kiedy dziennikarka dowiedziała się, skąd ja i mój kuzyn jesteśmy, z pełnym przekonaniem powiedziała, że te zawody nie potrzebują już reklamy, skoro mają biegaczy z Polski.