Cheile Turzii

Przykładem jednodniowej pieszej wycieczki, którą można sobie zorganizować np. z Alba Iulii czy Klużu jest wycieczka do rezerwatu przyrody będącego obszarem Natura 2000 – Cheile Turzii. To jeden z najbardziej znanych wąwozów w Rumunii. Zapraszam Was tam dzisiaj.

Tym razem wybrałam się na miejsce komunikacją zbiorową, bo dojazd z Alba Iulii i powrót w sobotę nie stanowiły problemu. Autobusy do miasta Turda sprawdziłam na autogari.ro, a busa z Turdy do najbliższej wsi Cheia na stronie Alis Grup.

rumunia cheile turzi

Busowi towarzyszy, jak wielu moim doświadczeniom w Rumunii, anegdotka. Zadzwoniłam na infolinię zapytać, z którego miejsca w Turdzie odjeżdża.

– Zapyta Pani na miejscu.

– … ale ja dzwonię na infolinię. Nie znam Turdy i nie wiem jak go znaleźć.

– Zapyta Pani na miejscu. Na tyłach placu.

– … Jakiego placu?

– No spożywczego. Zobaczy tam Pani dużo samochodów.

– W porządku, jak to przy placu. Ale… macie tylko jeden plac spożywczy w tym mieście?

– Tak

– Dla pewności, może poda mi Pani ulicę, to już sobie znajdę?

– Zapyta Pani na miejscu.

Tak więc pojechałam autobusem o 6 rano, bo sądziłam, że wycieczka zajmie mi więcej czasu, niż zajęła w rzeczywistości. O 7:20 byłam na miejscu, na dworcu „Gara Sens Vest” w Turdzie. Pani w okienku rozłożyła bezradnie ręce, gdy zaczęłam mówić o busie do wsi Cheia. Z pokierowaniem mnie na plac było już trochę lepiej.

Dotarłam na jego tyły – żadnej tabliczki czy śladu po Alisie. Był posterunek policji. Zapytałam o te busy. Nie wiedzieli nic, ale chcąc pomóc doradzili mi, żebym zaczekała do 10:00 to będzie jechał wycieczkowy „pociąg” (www.happyexpress.ro). Sprawdziłam stronę – 40 lei – stwierdziłam, że chyba nie chcę ani czekać, ani tyle płacić.

W końcu zapytałam jakiegoś pana i on wskazał na jedną z lamp ulicznych i powiedział, że bus podjedzie tam. Musiałam mu wierzyć na słowo. To było coś jak peron 9 i ¾ w Harrym Potterze.

Ale faktycznie, przyjechał i za 11 RON zawiózł mnie do wsi Cheia wedle rozkładu. Stamtąd około 40 minut marszu i podziwiałam ze wzgórza majestatyczne skały tworzące Cheile Turzii.

Są bardzo wysokie, mają do 300 metrów i widać je z bardzo daleka, na przykład z autostrady, którą jedzie się z Klużu do Alba Iulii. Pośrodku – przerwa, jakby ktoś je przeciął gigantycznym mieczem lub siekierą. Okoliczne „atrakcje” – jakieś stragany, kawiarnie oraz długa na podobno 600 m tyrolka – budziły się powoli do życia. Pohuśtałam się na instagramowej huśtawce, zrobiłam parę zdjęć i zeszłam do wejścia do wąwozu.

Na dole parking, camping i kolejne punkty gastronomiczne. Od strony turystycznej wszystko bardzo dobrze oznakowane i opisane. Wygląda na to, że wstęp jest lub bywa płatny, jednak w dniu, gdy ja byłam, na budce gdzie można kupić bilety wywieszona była informacja o wstępnie wolnym.

Zdecydowałam, że wybiorę szlak oznaczony czerwonym krzyżem by przejść dnem wąwozu, a na jego końcu szlakiem oznaczonym czerwonym kółkiem wyjdę do góry i pójdę równolegle podziwiając to, co w dole. Dzięki temu było bardziej różnorodnie. To widoki:

Były też polskie akcenty:

Oczywiście, wspomniane to nie jedyne dwa szlaki, jest ich więcej i można z nich wybrać krótsze lub trochę dłuższe i zobaczyć więcej miejsc.

W odróżeniu od Cheile Rametului, o których pisałam TU, przejście dnem Cheile Turzii jest w mojej ocenie łatwe. Można je proponować dzieciom, które coś tam już chodziły, w odpowiednich butach z przyczepną podeszwą. Dalsze przejście po szlaku z czerwonym kółkiem już nie koniecznie, chyba, że mamy zahartowane dzieci, z uwagi na bardzo strome zarówno podejście, jak i potem zejście.

Brakowało mi jednak elementu przygody tak, jak w Cheile Rametului, bo ani razu nie przechodziło się przez wodę, strumień cały czas był gdzieś obok, ewentualnie przekraczało się go po przerzuconych na drugą stronę mostkach. Wydaje mi się, że w każdym brakowało przynajmniej jednej deski 😉

Pora była wczesna – zaczęłam o 9:15 i było jeszcze mało ludzi, natomiast gdy kończyłam po 11, parking już był w części zapełniony, zaczynała się produkcja langoszy i kurtoszy, grała muzyka. 

Z początku myślałam, że będę łapać ostatni autobus do Alby, który odjeżdżał o 16:40. Okazało się jednak, że zostało tyle czasu, że nie wiedziałam, co z nim zrobić. Ale odkryłam, że jeden z tych dłuższych szlaków wiedzie właśnie do Turdy, więc zamiast wracać busem poszłam na piechotę. Droga była niesłychanie prosta, a po dotarciu do miasta dobrze oznaczona, więc szło się jak po sznurku.

Ostatecznie na dworcu byłam przed 13 i kwadrans po 13 zabrał mnie bus Fany. W nim power nap i o 14:15 byłam z powrotem w Alba Iulii.    

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *