Oczywiście, wspomniane to nie jedyne dwa szlaki, jest ich więcej i można z nich wybrać krótsze lub trochę dłuższe i zobaczyć więcej miejsc.
W odróżeniu od Cheile Rametului, o których pisałam TU, przejście dnem Cheile Turzii jest w mojej ocenie łatwe. Można je proponować dzieciom, które coś tam już chodziły, w odpowiednich butach z przyczepną podeszwą. Dalsze przejście po szlaku z czerwonym kółkiem już nie koniecznie, chyba, że mamy zahartowane dzieci, z uwagi na bardzo strome zarówno podejście, jak i potem zejście.
Brakowało mi jednak elementu przygody tak, jak w Cheile Rametului, bo ani razu nie przechodziło się przez wodę, strumień cały czas był gdzieś obok, ewentualnie przekraczało się go po przerzuconych na drugą stronę mostkach. Wydaje mi się, że w każdym brakowało przynajmniej jednej deski 😉
Pora była wczesna – zaczęłam o 9:15 i było jeszcze mało ludzi, natomiast gdy kończyłam po 11, parking już był w części zapełniony, zaczynała się produkcja langoszy i kurtoszy, grała muzyka.
Z początku myślałam, że będę łapać ostatni autobus do Alby, który odjeżdżał o 16:40. Okazało się jednak, że zostało tyle czasu, że nie wiedziałam, co z nim zrobić. Ale odkryłam, że jeden z tych dłuższych szlaków wiedzie właśnie do Turdy, więc zamiast wracać busem poszłam na piechotę. Droga była niesłychanie prosta, a po dotarciu do miasta dobrze oznaczona, więc szło się jak po sznurku.
Ostatecznie na dworcu byłam przed 13 i kwadrans po 13 zabrał mnie bus Fany. W nim power nap i o 14:15 byłam z powrotem w Alba Iulii.